|
|
-Bajarzu, czy to prawda, że Matromutinis uratował Skalne Wieżyce, bo ostrzegł wszystkich?- mały chłopiec o zielonych oczach, który dotąd milczał, teraz zebrał się do zapytania starego człowieka nieśmiałym głosem.
Bajarz uśmiechnął się do chłopaka, a potem spojrzał na inne dzieci, które widać też miały podobne poglądy. Spojrzał się jeszcze na młynarza, który nie wyglądał na takiego, który jest w stanie powiedzieć coś mądrego w takiej rozmowie, wygrzebał jeszcze jakiś kawałek mięsa z dna miski, a jak go przeżuł, zabrał się do odpowiedzi.
-Wielu sądzi, że gdyby nie Matromutinis, Skalne Wieżyce i pobliskie osady byłyby zniszczone. Może i mają rację. Ale wielu sądzi także, że gdyby Matromutinis nie otworzyłby wtedy księgi, rzeź nocy Trust nie miałaby nigdy miejsca.
-Dziaduniu, a jak ty myślisz, czyja to była wina, czy to wszystko przez czarodzieja?- ulubienica, dziewczynka blond włosy zaczęła się wiercić na kolanach bajarza, żeby nie zwlekał z odpowiedzią.
-Widzicie dzieci, nami rządzi przeznaczenie. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie uniknąć tego, co nam pisane. Nie powiecie mi, że ktoś może uniknąć śmierci. Nie możemy winić Matromutinisa o to, że stała się rzeź. On stał się narzędziem przeznaczenia. Gdyby nie on, rzeź mogłaby się stać dzisiaj, przez kogoś innego, kto byłby w posiadaniu księgi. Jedno jest pewne, Radzie Krucjus było przeznaczone spełnienie zadania. Dlatego jeżeli nie wtedy, to kiedyś na pewno księga zostałaby otwarta o niewłaściwym czasie.
-Ludzie, ludzie, zbierać się na plac, szybko, jeżeli wam życie miłe-jakaś postać przebiegła obok dwóch jadących ludzi, jeden paskudną blizną na twarzy, drugi przystojny.
-Cóż to się stało panie magiku, że w nocy budzisz mieszczan, czyżby zwyczaje w Skalnych Wieżach się zmieniły?- wysoki mężczyzna na czarnym rumaku musiał być obeznany w magii, wyczuł aurę, która biła od skrytej w mroku postaci.
-Panie rycerzu, nie ma czasu, zobaczcie tedy, co się dzieje pod Wielkim lasem, śmierć idzie. Nie zatrzymujcie mnie-dodał szybko na pytające miny obydwu jeźdźców.- Jest za mało czasu na rozmowy i wyjaśnienia.
Na rynku powstał rumor. Matromutinis musiał obudzić całe miasteczko, bo dochodzili jeszcze ludzie ze skraju miasta. Zebrali się różni ludzie, od małych dzieci, którym udało się niepostrzeżenie dostać na miejsce, poprzez rzeźmieszków, a także drobnych podróżnych, aż po bogaczy, którzy udając oburzenie, nie przebrali się nawet z nocnych strojów. Ci ostatni byli też najbardziej zaciekawieni i podekscytowani. Widocznie jeszcze nikt nie wiedział, po co to całe zamieszanie.
-Cisza do wszystkich biesów!- rozeźlony już nieco mag postanowił uciszyć wrzawę.- Jesteśmy w ogromnym niebezpieczeństwie, miasto może zostać zniszczone!
-Co ty pleciesz nasz maguniu, teraz widać, że zamiast badać i uczyć się po nocach piwo żłopiesz- kilka osób roześmiało się po żarcie grubego jegomościa w koszuli nocnej. Reszta zachowała powagę, ale czarodziej i tak się zdenerwował, jego oczy zapłonęły gniewem.
-Zatem popatrzcie, kto idzie do nas w odwiedziny. Śmiało wejdźcie na mury, tylko żebyście nie pospadali przypadkiem.
Zaciekawieni byli wszyscy, ale ci, którzy jako pierwsi weszli na dachy swoich domów, bądź na oddalone nieco mury, ze strachem bądź spadali, bądź chowali głowy. Pierwsze kobiety zaczęły mdleć, a dzieci chować się za sukienkami co odważniejszych matek. Twarze nabrały bladego koloru, wszyscy ze zgrozą patrzyli na widma, które powoli, aczkolwiek zdecydowanie szły w stronę miasta. Czarodziej z zadowoleniem przypatrywał się wszystkim tym, którzy z niego kpili. Dał znak czterem młodzieńcom, którzy wyglądali na bardziej odważnych od innych i oszczędnie powiedział, o co chodzi. Tamci zerwali się szybko i popędzili w stronę miejskich stajni, których teraz nikt nie pilnował. Czarodziej jeszcze dla pewności rzucił na nich aurę ochronną.
-Na matulę moją kochaną- wrzasnęła jakaś stara baba-toż to koniec świata będzie rychtykiem. Chrońta, chrońta panie czarodziej, co my zrobimy, zabiją wszystkich, w tobie nadzieja!
Jakiś bardziej rozgarnięty chłop, zdaje się szewc podszedł do czarodzieja:
-Trzeba jakąś obronę czcigodny Matromutinisie zwołać, trza walczyć, to jest nasza ostatnia nadzieja.
-Dość już się napatrzyliście, musicie zatem wiedzieć, że dzisiaj, w noc Trust będzie krwawa rzeź, niezależnie, czy wygramy, czy przegramy. Przyjdzie nam walczyć, bo tak jest napisane w przepowiedni, a ta oto księga jest świadectwem tego, co mówię- czarodziej uniósł księgę, która była opatrzona magicznym zamkiem.
-Co mamy robić, co począć?- ktoś krzyknął z tłumu głosem rozpaczliwym, strachliwym.
-Na pewno nie czekać z założonymi rękami-czarodziej szybko odpowiedział.-Posłałem już do wiosek po chłopów...
Więcej opowiadań na www.Jacek.orq.pl
|
|